Za nami pierwsza tura wyborów prezydenckich. Choć Andrzej Duda uzyskał kilkunastoprocentową przewagę nad Rafałem Trzaskowski, ostateczny wynik wcale nie jest jeszcze przesądzony, można nawet zaryzykować tezę, że to właśnie kandydat Koalicji Obywatelskiej ma nieco większe szanse na zwycięstwo.

Partiokracja

Pierwsza tura niewątpliwie pokazała, że zwyciężyła partiokracja, czyli kandydaci, za którymi stoją największe partie polityczne, dysponujące ogromnymi środkami budżetowymi, a za nimi bardzo sprawnie funkcjonującymi strukturami terenowymi i tysiącami działaczy w całym kraju.

Ustrój naszego kraju zbudowany po 1989 roku, a ostateczni utrwalony konstytucją z 1997 roku jest czysto partyjny, zatem w istocie niedostępny dla wolnych, swobodnie myślących obywateli, za to szeroko otwarty dla partyjnych funkcjonariuszy, a w zasadzie politruków bezrefleksyjnie wykonujących polecenia lidera.

Polskie wybory, czy to parlamentarne, czy prezydenckie, pokazują jasno, że zapotrzebowanie na kandydatów wywodzących się ze środowisk obywatelskich wciąż jest jednak ogromne. Polscy wyborcy są także podatni na tzw. „nową siłę”. Kiedyś była to np. Polska Partia Przyjaciół Piwa, Andrzej Lepper, później Janusz Palikot, Paweł Kukiz, a teraz Szymon Hołownia. Hasło „nowa jakość” było, jest i będzie atrakcyjne dla polskiego wyborcy, który próbuje przeciwstawić się partiom politycznym, szukając szans na lepszą przyszłość wśród kandydatów wywodzących się spoza świata polityki.

Niewątpliwie jednak wynik Szymona Hołowni, który zbliża się do 14 proc. jest jego sporym sukcesem. Dobrze poradził sobie także Krzysztof Bosak, który rozsądnie prowadzoną kampanią wyborczą mocno przysłużył się umocnieniu poparcia dla Konfederacji, która sprawia dziś wrażenie partii coraz bardziej spójnej i coraz silniejszej nie tylko politycznie, ale także ideologicznie.

Większe szanse Trzaskowskiego

Pierwszą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda, jednak teraz nieco większe szanse na ostateczne zwycięstwo ma Rafał Trzaskowski. A wynikają one z faktu, iż ma on o wiele większą zdolność do przejęcia poparcia od pozostałych kandydatów – zarówno Szymona Hołowni, Krzysztofa Bosaka, jak również wyborców lewicy. Z kolei Andrzej Duda z dobrym, przekraczającym 43 proc. poparciem, znalazł się już bardzo blisko swoich maksymalnych potencjalnych możliwości w zakresie uzyskiwania głosów. Obrazowo ujmując – Duda jest bardzo blisko ściany, do której Trzaskowskiemu pozostała jeszcze spora przestrzeń.

Choć prezydentowi Dudzie niewiele potrzeba do przekroczenia granicy 50 proc. poparcia, to jednak warto zastanowić się, czy i w jaki sposób mógłby tego dokonać. Wydaje się, że najłatwiej będzie powalczyć o głosy wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza, choć jego słaby wynik wskazuje na to, że Duda już w I turze przejął wyborców PSL, zatem niewiele więcej możne tu uzyskać. Z pewnością część najbardziej konserwatywnych sympatyków Krzysztofa Bosaka także odda głos na obecnego prezydenta, ale ta grupa również nie wydaje się znacząca, ponieważ poza konserwatywnymi poglądami ideologicznymi Krzysztof Bosak stawia na liberalizm gospodarczy i głosi idee wolnościowe, do których zarówno Andrzejowi Dudzie, jak i całej Zjednoczonej Prawicy jest bardzo daleko. W efekcie większa część elektoratu Bosaka najprawdopodobniej odda głos jednak na Rafała Trzaskowskiego. Podobnie będzie z wyborcami Szymona Hołowni, który już oficjalnie ogłosił, że w II turze poprze obecnego prezydenta Warszawy.

Wyborcy lewicy, w tym także ci, którzy poparli Roberta Biedronia, najpewniej także za dwa tygodnie zagłosują na Trzaskowskiego.

W tej sytuacji kluczowy może okazać się elektorat niezdecydowany, a wpływ na niego będą miały okoliczności, które ujawnią się w toku kampanii, w szczególności chodzi o telewizyjną debatę Duda-Trzaskowski, do której ponad wszelką wątpliwość dojdzie. Niezależnie jednak od jej wyniku, różnica pomiędzy kandydatami w II turze będzie minimalna, warto zatem naprawdę walczyć o każdy głos i wiedzą o tym obaj politycy.

Rozczarowania

Przejdźmy do rozczarowań. Z pewnością rozczarował lider PSL, którego wynik oscylujący w granicach 2 proc. daleko odbiega od wyborczego potencjału, jakim dysponuje partia ludowców, który szacuje się na co najmniej 4-5 proc., choć odpływ wyborców z PSL do PiS także należy zauważyć i przypisać konsekwentnie realizowanej polityce Jarosława Kaczyńskiego. Lider PiS od dawna jest tą grupą społeczną mocno zainteresowany i czyni wobec niej nie tylko gesty symboliczne, ale również jak najbardziej realne. Władysław Kosiniak-Kamysz wychodzi z tych wyborów bardzo osłabiony i powinien mocno zastanowić się nad swoją polityczna przyszłością.

Porażką dla całego lewicowego środowiska okazał się Robert Biedroń, co w żaden sposób nie może dziwić. Dziwiła za to od samego początku decyzja lewicowych liderów, którzy dobrego kandydata na prezydenta upatrywali w postaci, która cały swój dorobek polityczny zbudowała wokół problemów mniejszości seksualnych, czyli de facto działającej w polityce we własnym interesie, we własnej sprawie. W naszym kraju, pomimo ogromnej otwartości i tolerancji Polaków, nie ma i nigdy nie będzie zapotrzebowania na tego typu kandydatów, ponieważ zagadnienia dotyczące LGBT pod względem znaczeniowym są marginalne. Polska lewica nadal pozostaje zatem w kryzysie, za który odpowiadają lewicowi liderzy, nad którymi wciąż unosi  się aura poprzedniej epoki i być może właśnie to jest największym problemem tego środowiska politycznego.

Rozczarował także wynik Pawła Tanajny, który w kampanii zaprezentował się jako człowiek rozsądny, racjonalny i sprawny organizacyjnie. Dziwi i nieco smuci fakt, iż przedstawiciel polskich przedsiębiorców, którzy są przecież kołem zamachowym całej naszej gospodarki, praktycznie przez Polaków nie został dostrzeżony.

dr Michał Lange